lip 06 2004

moda na litwę, wydanie wakacyjne - odcinek...


Komentarze: 4
dzień 4... czwartek... wstałyśy jak zawsze rano... zjadłyśmy śniadanie itp i udałyśmy się na miejsce zbiórki... w planie mieliśmy zwiedzanie Jaszun (ta piękna rezydencja Śniadeckich z oknami i drzwiami zabitymi dechami...)... Nic ciekawego... następnie udaliśmy się do Wilna i tam się trochę powłóczyliśmy po starówce... wróciliśmy do wioski około 18 może. poszłyśmy do nas do domu, gdzie oczywiście czekała na nas tłuuuuuuusta kolacja, czyli znowu jakieś placki, z których wylewal się tłuszcz (albo raczej smalec) po dotknnięciu widelcem. o 20 był zaplanowany występ zespołu ludowego "Turgielanka" bodajże, a godzinę wcześniej msza odprawiana przez księdza maćka... no nie mogło nas tam zabraknąć... na występie jaaazda niesamowita... zwłaszcza jak na końcu zatańczyli coś tam, co miało być niby tańcem nowoczesnym - "Europejczyk"... hehe... gratulacje dla Jasi/Joasi/Kasi czy jeszcze innej, która to wszystko przygotowała... zresztą musiałyśmy tu przyznać rację, że w 80% to same "szalawy" w tym zespole, no a głosu to żadna nie miała... po tym wszystkim, czyli około 22 udaliśmy się wszyscy do domku Magdy,Asi itd., bo miały się tam odbyć urodzinki Ani. ona oczywiście o niczym nie wiedziała... a i my z premedytacją ignorowałyśmy ją przez cały dzień. należy tez wspomnieć, że jeszcze poprzedniego dnia pytalyśmy się jej, kiedy ma urodziny :] ale czego się nie robi... no więc poczekaliśmy na naszą wych., która miała się stawić, żeby sprawdzić, co się u nas dzieje i dać nam później spokój. kiedy już wszyscy byli, zgasiliśmy światło, zapaliliśmy świeczki na torcie (ukrywanym jako "mięso" w lodówce przez dziewczyny) i "stoooooooooooooooooooooo laaaaaaaaaaaaaaaaaat". Ania oczywiście w totalnym szoku... dalej było już nudnawo, poza paroma epizodami typu "jak to graliśy w butelkę, a malwina z pauliną rzucały się na siebie i robiły sobie malinki, a w tym momencie weszla gospodyni z tekstem: "bawcie się, bawcie dzieci""... koło 1 zebrałyśmy się do domu, bo kompletnie nudnawo było. kiedy doszłyśmy już do bloku (a ciemno tam jak nie wiem, zero lamp czy oświetlenia, ale oczywiście oświetlaliśmy sobie drogę komórkami :)), łapiemy za klamkę, a tam zamknięte... dzwonimy do drzwi... nic.. jeszcze i jeszcze... nic... hmmmm.... no dobra, to się wróciliśmy spowrotem na imprezkę, ale na szczęście tamtejsza pani domu zadzwoniła do naszej Jani i jak poszłyśmy to już normalnie nam otworzyła. niby wcześniej myślała, że to nauczycielki... ok... ale ma wizjer przecież... jak już weszłyśmy itd. zaczęłyśmy się pakować, ale stwierdziłyśy, że dokończymy następnego dnia...
pragnę też zaznaczyć, że z natalią stworzyłyśmy wspaniałą kolekcję obgryzanych plastykowych kubeczków :)


dzień 5... piątek... wstałyśmy wcześniej, spakowałyśy się, zjadłyśy, umyłyśmy, dałyśmy prezenty pani Jani, która miała nas jeszcze podwieźć pod kościół do autobusu... jednak okazało się, że drzwi się nie domykają... więc ona do malwiny i marty.k: to dziewczynki trzymajcie"... jakoś dojechałyśmy, machając drzwiami do przechodzących... ciekawe kto je trzymał w drodze powrotnej?... pojechaliśmy do kowna... po drodze sobie leżałam i słuchałam Closterkellera, ale oczywiście wmawiają mi, że spałam... nieprawda!!! przynajmniej nie tym razem :)... zresztą kto by wytrzymał gadaninę przewodnika przez calą drogę... a tak poza tym, to wyłączyliśy głośniki, ale i tak jak zawsze się wydzierał... z jego przemowy usłyszałam tylko 3 pierwsze słowa... w kownie oczywiście lało jak nie wiem, więc po pewnym czasie ci, co chcieli, mogli wrócić do autobusu... czyli prawie wszyscy z "normalnych", oprócz paru isób no i oczywiście stare babki... powiem jedno: jeszcze nigdy tak mi nie smakowało danie w 5 minut... trochę posiedzieliśmy w aurobusiku, ale za jakiś czas grupka fanatyków zwiedzania też wróciła... dali nam trochę wolnego czasu, więc poszliśmy do najbliższego marketu, żeby zrobić zakupki na drogę... pojechaliśmy... jechaliśmy, jechaliśmy itd... na granicy wymieniliśmy kasę... dziwne, że nawet nas na niej nikt nie zatrzymał... kiedy byliśy już w Polsce na Mazurach, babkom zachciało się do Karczmy Warmińskiej... dla mnie nic ciekawego, bo po pierwsze już tam byłam, po drugie nie byłam głodna, a po trzecie chciałam się już znaleźć w domku jak najszybciej... wszyscy byli wściekli... kiedy już wyszli z tej całej karczmy, już chcieliśmy tam pójść i tez sobie posiedzieć trochę, żeby poczekały... w domku byliśmy około 1 w sobotę... nareszcie własna łazienka i łózko...

i to by było tyle
vampiree : :
Ais
07 lipca 2004, 22:08
Moja Siostrzyczka jest najzdolniejsza na świecie!!! :* :* :* :* ~ A ja właśnie słucham sobie Nirvany i płaczę :(
Hooliganka_15
06 lipca 2004, 16:14
fajnie, aby zazdro$cić, ja pojade dopiero na kolonie po 20 lipca ;)
06 lipca 2004, 15:44
Szkoda, że nie pojechałam z wami! Widać, że się fajnie bawiliście! Telenowela bardzo interesująca, ale pisarką to ty nie zostaniesz! Przykro mi, ale taka jest prawda.My też się dobrze czuliśmy bez was w szkole! Jak postanowisz napisać coś ciekawego to powiadom mnie o tym!!!Pa,pa!!!!!
Atomic_Dziadek
06 lipca 2004, 14:17
Pozazdrościć wycieczki -też bym chętnie gdzieś pojechał ,bo u mnie strasznie nudą wieje :) Pozdrawiam Dziadek

Dodaj komentarz