Archiwum 12 lutego 2004


lut 12 2004 mali wojownicy
Komentarze: 3
Dziś w naszej wspaniałej szkole odbyły się Walentynki. Nic szczególnego – przynajmniej mi się tak wydaje. No ale jak Walentynki, to uczciłyśmy je głośnym „śpiewem” na każdej przerwie, chcąc zagłuszyć odgłosy dochodzące z radiowęzła (pop&hip-hop – wiązanka przebojów dla przebojowych dziewcząt, do których najwyraźniej się nie zaliczam, a przynajmniej nie do przebojowych w rytm piosenek Justina T.). Dostałam 2 Walentynki (każda z prezentem w postaci lizaczka „Cmok”)… Pierwsza z napisem „Łośłabiasz mnie” i z osłabiającym łosiem, druga ze słonikami i napisem typu „oddarci lizaka, ale za buziaka…” :). Reszty (nie)spodziewam się w sobotę… Mimo to nigdy nie przepadałam za takimi „świętami”…
Przy okazji - wczorajszy szok, który przeżyłyśmy razem z drt podczas jednej z przerw. Otóż schodzę sobie wczorajszego pięknego dnia na parter, patrzę, a tu na schodach siedzi sobie moja zmora z koszmarów (dawniej zwana, co prawda inaczej, ale to tylko dla wtajemniczonych – Marto K. tylko sobie nic nie wyobrażaj – bynajmniej to nie to/ktoś, o czym/kim myślisz)… no i jeszcze się bezczelnie do mnie uśmiecha. Co to coś sobie w ogóle wyobraża. I jeszcze nasz przyjaciel domu i rodziny :) jak zwykle z refleksem w odpowiednich sytuacjach „siemano”, na co moja zmora kompletnie oszołomiona… oczywiście ja udaję, że nic nie zauważyłam… Tylko ciekawe, czyj kolega dzwonił w piątek do drt z pytaniem: „Czy tu areszt śledczy”, po czym z wrodzoną niewinnością, stwierdził, że: „oj chyba nie…” i jeszcze „halo, halo…”.
Krąg się zawęża, nie ma już wyjścia… Ale my, Mali Wojownicy dalej walczymy z naszym losem…
vampiree : :